#KNKSODKRYJ

Boliwia

Carmen urodziła się w El Alto, mieście wchłoniętym przez rozrastające się niczym nowotwór La Paz. Widok z okna jej domu każdy przybysz uzna za piękny. Wschody i zachody słońca w takiej scenerii są niezwykle romantyczne, jednak życie na tej wysokości romantyczne nie jest. Powietrze jest tak rozrzedzone, ze ciężko oddychać, zapalić zapałkę a temperatury nawet latem są bardzo niskie. W La Paz obowiązuje zasada - im jesteś biedniejszy, tym wyżej nad poziomem morza mieszkasz.

 

Dom Carmen jest położony bardzo wysoko, ale to nie wszystko. Jest też kobietą, czyli płcią wyjątkowo mało uprzywilejowaną w Boliwii - najbiedniejszym, najsłabiej rozwiniętym i najbardziej odizolowanym kraju Ameryki Południowej. Ponad połowa jej mieszkańców żyje poniżej progu ubóstwa, bez dostępu do czystej wody, elektryczności, kanalizacji, podstawowej opieki medycznej i edukacji. Wśród poszkodowanych zdecydowaną większość stanowią kobiety. Blisko 405 mieszkanek wsi to analfabetki, które pracują średnio po 15 godzin dziennie.

 

Rodzina Carmen jest bardzo uboga. Jej dom składa się właściwie z jednego kilkumetrowego pokoju przykrytego blachą. Poza dwójką dzieci kobieta ma na utrzymaniu matkę oraz babcię. Dorabia sprzedając turytom dziergane na szydełku serwetki oraz obrusy.

 

Jest młodsza ode mnie, ale wygląda na sporo starszą. Wysokość i bezlitośnie palące słońce na przemian z przenikliwym zimnem robią swoje. Carmen jest przedstawicielką Indian Ajmara, których przodkowie stworzyli na terenach wokół jeziora Titicaca wyoko rozwiniętą cywilizację. Niestety nie uchroniło ich to przed inkaskim podbojem w XIV wieku, a potem hiszpańską konkwistą. Ciężkie życie wyciosało z nich ludzi o specyficznej mentalności i poglądach; są bardzo nieufni i podejrzliwi. Do obcych podchodzą z rezerwą i trudno zaskarbić sobie ich sympatię.

 

Boliwijskie zapasy to mieszanka meksykańskiej lucha libre (w dosłownym tłumaczeniu - „wolnej walki”), w której wszystkie chwyty są dozwolone, z amerykańskim, mocno wyreżyserowanym wrestlingiem. Początkowo kobiety były tylko maskotkami publiczności, partnerowały mężczyznom na ringu. Nikt nie traktował ich poważnie. Z czasem jednak to właśnie te walki stały się hitem i dziś cieszą się największym powodzeniem.

 

Boliwijskie zapaśniczki walczą w makijażu i tradycyjnych strojach plemienia Ajmara. Błyszcząca, ręcznie wyszywana, wełniana lub bawełniana kolorowa spódnica okrywa niczym abażur kilka wykrochmalonych, szeleszczących koronkowych, halek.

 

Walki zapaśników i zapaśniczek odbywają się w każdą niedzielę. Stanowią jedyną rozrywkę w El Alto. Ludzie w Boliwii ubierają się kolorowo, ale życie mają szare. bieda, bezrobocie i całkowity brak perspektyw. Kupując bilet na pokaz, kupują też trochę marzeń, szczęścia. Coniedzielne walki przyciągają fanów nie tylko z La Paz, ale również turystów. Na widowni można zobaczyć zarówno niemowlęta, jak i sędziwe matrony. Zawodnicy przed występem rozdają autografy, uśmiechy, pozują do zdjęć.