#KNKSODKRYJ

Argentyna

Argentyna. Tutaj religią jest piłka nożna, a wszyscy oddychają w rytm tanga. Kraj słynie z dobrego wina i wołowiny. Ale nie jestem tu, żeby grać w piłkę albo tańczyć z winem w dłoni. Przyjechałam, żeby poznać kobietę - kowboja. Czyli damski odpowiednik gauczo. Chyba nie ma drugiej takiej na świecie. No bo czy ktoś słyszał o kobiecie kowboju? Ale ona istnieje! Urodzona w siodle, perfekcyjnie rzuca lassem, ma ostry charakter i nie waha się użyć ostrego noża.

 

Do zabytkowej, pochodzącej z 1880 roku, El Ombu de Areco docieram jeszcze przed świtem. Ciekawa jestem kobiety, która porzuciła całkiem wygodne życie w mieście i która jako jedyna z całej rodziny, mimo że ma braci, zdecydowała się, żeby zostać kowbojem i wieść tak proste i surowe życie. To przecież nie jest miejsce dla dziewczyny.

 

23 lata, krucha blondynka, sięga mi może do ramienia… jestem zupełnie zaskoczona, kiedy widzę ją po raz pierwszy. Ale uścisk dłoni ma niemal stalowy. Krążą plotki, że Edith zdecydowała się zostać kowbojem z potrzeby serca. I to dosłownie, bo zakochała się w pracującym na estancji zaklinaczu koni - Pablo. Żeby zaimponować swojemu wybrankowi - do perfekcji opanowała jazdę konno i rzucanie lassem. Związek się po jakimś czasie zakończył, ale miłość do koni i życia gauczo została. Pablo przyznaje, że owszem - zna wiele kobiet, które jeżdżą konno tak samo dobrze jak Edith, ale wszystkie pozostałe rzeczy, które ona wykonuje? Nie, nie ma takiej drugiej!

 

Bycie gaucza nie jest łatwe. Edith wstaje każdego dnia przed wschodem słońca. Dzień zaczyna jak wszyscy tutaj - czyli od mate. A potem zabiera się za robotę. Najpierw szykuje swojego konia, Pampero a chwilę później musi już zająć się bydłem. Dawniej gauczos jeździli po argentyńskich pampio jako zupełnie wolni pasterze. Spali pod gołym niebem i nikt nie rozporządzał ich czasem. Moja bohaterka spędza w siodle kilkanaście godzin dziennie. Pomaga też szczepić, oporządzać i szczotkować konie.

 

Nie wszyscy o tym wiedzą, ale to Europejczycy przywieźli do Argentyny konie i krowy. Zresztą potem im uciekły, część pogubili i w rezultacie zwierzęta wałęsały się luźno po pampie. To był prawdziwy raj dla gauczos. Każde zwierzę, które się wałęsało swobodnie można było zagarnąć i należało do tej osoby, która go znalazła. W ten sposób żyli przez wiele lat. Słowo „gaucho” wywodzi się z języka keczua i oznacza „jagnię oderwane od matki”, sierotę, włóczęgę...

 

Edith w niczym nie chce być gorsza od kowboja mężczyzny. Musi złapać na lasso i po raz pierwszy w swojej kowbojskiej karierze własnoręcznie wykastrować byka. Zwierzę jest ciężkie i silne. potrafi złamać rękę temu, kto źle zarzuci lasso. Trudno jest bardzo złapać go na lasso, ale utrzymać na nim - to dopiero sztuka. Byczek waży 200 kilogramów, a Edith zaledwie 50. Drugą pasją życia mojej bohaterki jest…piłka nożna.

 

Argentyńskie estancje, czyli gospodarstwa rolne, na których hoduje się bydło i konie, są gigantyczne. A odległość do najbliższego sąsiada wynosi nawet kilkaset kilometrów. Spokój, przestrzeń, bliski kontakt ze zwierzętami - to zalety życia na estancji, które uwiodły również mnie. Teraz rozumiem Edith, praca tutaj daje jej ogromną satysfakcję.