#KNKSODKRYJ

Wietnam

Szukając niezwykłych kobiet dotarłam na kraniec świata, którego uroda zapiera dech w piersiach. Zatoka Ha Long to chyba jedno z najbardziej malowniczych miejsc w Wietnamie, a może i nawet na świecie. Prawie 2 tysiące monolitycznych wysp wystających prosto z wody. Robi to niesamowite wrażenie. Spory teren: zmieściłaby się tutaj Zatoka Gdańska z Zatoką Pucką i czterema mazurskimi jeziorami.

 

„Ha Long” w dosłownym tłumaczeniu to jest „Zatoka Lądującego Smoka”. Zresztą ten smok jest bardzo ważnych we wszelkich wierzeniach Wietnamczyków. Mówi się, że kiedy właśnie tutaj lądował, uderzał ogonem o brzeg i te odpryskujące kawałki lądu stworzyły wysepki, które dziś podziwiamy. Jeśli się dokładnie przyjrzymy, to te wystające skały z wody przypominają grzbiet smoka. Miejsce to jest wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

 

Ale Ha Long to nie tylko atrakcja turystyczna i raj dla filmowców. To miejsce życia i pracy mieszkańców wiosek na wodzie. W okolicy, w której się znalazłam, na barkach, domkach, łódkach mieszka ok 1600 osób. To wielkie centrum rybnego biznesu, które dokłada swoją cegiełkę do wynoszącego 4,2 miliona ton rocznego wietnamskiego połowu. Ale mnie z tych wszystkich ludzi interesowała jedna kobieta - Bien, prawdziwa bizneswoman.

 

Dom Bien ma około 40 metrów kwadratowych i składa się z kuchni, dwóch sypialni, salonu, łazienki i werandy. Urządzenia elektryczne zasilane są prądem z akumulatora. Dodatkową przestrzeń zajmują baseny z morskim inwentarzem - źródłem dochodów Bien. W basenach fermy pływają mątwy, krewetki, tuńczyki i inne stwory. Bien zazwyczaj kupuje je od rybaków i tuczy je specjalnie przygotowaną karmą. Później sprzedawane są na targowisku w mieście

 

Jeszcze 20 lat temu rybacy wypływali codziennie w morze na niewielkich łódkach, łowili ryby i wracali na ląd. Ale dotarcie na łowiska zajmowało im dużo czasu, szczególnie, że tutejsze wody charakteryzują zdradzieckie prądy i zmienne wiatry. W końcu doszli do wniosku, że pływający dom będzie znacznie bezpieczniejszy niż mała, chybocząca się łódka, na którą wyciąga się sieci.

 

Gospodarstwo Bien wydaje się ekskluzywną rezydencją w porównaniu z innymi pływającymi domami - kilkumetrowymi łodziami zadaszonymi pośrodku. Rybackie rodziny w ciągu dnia rozstawiają sieci i łowią. Dopiero przed wieczorem - dla bezpieczeństwa - ściągają w okolice pływających wiosek. Na zatoce można też spotkać pływające sklepy z bogatym asortymentem.

 

Jadąc do Wietnamu, czyli na kraniec świata, sądziłam że spotkam zahukaną, prostą kobiecinę w tradycyjnym stroju ao dai, w wietnamskim kapeluszu i klapkach, wstającą do pracy przed świtem, tyrającą cały dzień i z pokorą znoszącą wszelkie niewygody. Bien zaskoczyła mnie swoją przedsiębiorczością i zamiłowaniem do nowoczesnego, miejskiego życia.